Nieobecny tato jest tchórzem i jest bohaterem, w tym, że jako dziecko wytrzymał bicie kablem od żelazka…

Pijący ojciec jest tchórzem i jest bohaterem, w tym, że jako nastolatek wytrzymał i przeżył wywózkę na Sybir, a w niej chowanie dziesiątek i setek ciał bliskich i kolegów…

 

Manipulująca ciszą mama jest tchórzem i bohaterką, w tym, że jako dziecko wytrzymała porzucenie swojej własnej mamy…

 

Chwiejna w reakcjach mama jest tchórzem i bohaterką, w tym, że jako dziecko przeżyła wybuchy taty i cykliczne groźby zabicia się mamy…

 

Dziecinna mama jest tchórzem i jest także bohaterką, w tym, że jako dziecko zajmowała się swoim młodszym rodzeństwem i dała radę…

 

Każdy z nas niesie w sobie tchórza i bohatera.
Każdy z nas dokonał rzeczy niemożliwej, przeżywając jako dziecko swoje własne, mniejsze i większe mrozy, tornada i wichury.
Każdego z nas można by ocenić jednopłaszczyznowo, dualnie i surowo.
Wielu z nas można by zamknąć w słowie: „tchórz”, „niedojrzały”, „słaby”…

 

Ten tchórz jest i bohaterem…
Ten niedojrzały kiedyś już być może dojrzały był… a nawet za dojrzały jak na swój wiek…
Ten słaby musiał być silny…

 

Stać nas na więcej niż pływanie po płyciźnie.
Wierzę, że stać nas na zobaczenie całości.

I góry i dołu…

 

 



Gdzie szukamy dla siebie rodziców w świecie?

Przede wszystkim w partnerstwie, stawiając tego drugiego do zadań, które przewyższają miarę związku.
Szukamy w naszych partnerstwach bezwarunkowości, utulenia, ciepła i widzenia, zarezerwowanego dla relacji opiekun – dziecko, a nie dla tej romantycznej.

Dalej, rodziców, szukamy dla siebie w pracy.
Stawiając szefa czy szefową do roli tego lub tej, która się zaopiekuje, która zawsze zrozumie i która przygarnie w każdej potrzebie.

Rodziców szukamy dla siebie także w przyjaźniach i koleżeństwach, w naszym rodzeństwie, a nawet w naszych dzieciach: tych młodszych i tych dorosłych.

Dopóki sami nie zaopiekujemy się naszym dziecięcym czekaniem i niespełnieniem, dopóty zawsze będziemy kogoś wciągać w rolę tego, który ma za to nasze dzieciństwo nadrobić.

To właśnie dlatego spotykamy się ze swoimi ranami i to dlatego stajemy do procesu gojenia: żeby móc tworzyć właściwe, jakościowe i adekwatne relacje. Relacje z poziomu świadomości i spokoju, a nie z poziomu bólu i traumy.

Twoje gojenie jest Twoim darem dla Ciebie samego. Nie robisz tego dla kogoś, ani wobec kogoś, ale dla siebie i swojego życia. Na koniec dnia, to Ty wybierasz, jak decydujesz się mieć w sercu ze swoim dzieciństwem…
To Ty wybierasz jak decydujesz się mieć w sercu ze swoimi rodzicami.

Nikt tego za Ciebie nie zrobi.
Ale i nikt Cię do tego nie przymusi.

Chodzi o Twoją chęć.
Gotowość. 
I potrzebę.

Wielu z nas utkniętych jest na życie w czekaniu, na mamę i tatę.

Na jakąś ich reakcję.
Na jakąś ich postawę.
Na jakąś ich odpowiedź.

Opowiadamy o nowej pracy i ta głodna dziecięca część nas, czeka na pochwałę.
Opowiadamy o sukcesie i ta głodna dziecięca część nas, czeka na gromkie gratulacje.
Opowiadamy o ważnej dla nas sytuacji i ta głodna dziecięca część nas, czeka na uznanie i zrozumienie.

A kiedy tego nie dostajemy…?
Znów czujemy ten sam ból, odtwarzamy to samo porzucenie i odrzucenie, które znamy przecież z dzieciństwa.
Tu często pojawia się złość, poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
Czasem, jesteśmy zmotywowani, by porozmawiać z opiekunami… powiedzieć, jakiej reakcji „oczekujemy”, czego potrzebujemy.

Kluczowe pytanie w tym miejscu, brzmi:
Kto to mówi?
Kto prosi rodzica o wymarzoną przez siebie reakcje?
Ty dorosły? Ty dorosła?
Czy Ty, dziecko?

Rodzic, być może nigdy nie da Ci reakcji i odpowiedzi na jaką liczysz.
Jak się z tym masz?

„Nie zależy mi!”, możesz myśleć.
A ja powiem, że pod tym mechanizmem obronnym, że pod maską nieangażowania się i nieczekania na nic, jest mała dziewczynka i chłopiec, który owszem, chciał i owszem, czekał.
Gdyby było inaczej, nie miałabyś i nie miałbyś potrzeby raz po raz pukać po uznanie, pochwałę i gratulacje.

Wolno Ci się z tym skontaktować i przeżyć swoją żałobę…
Żałobę po tym, że być może, nie można dzielić się z rodzicami wszystkim, czym ta dziecięca część Ciebie chciałaby się podzielić.
Żałobę po tym, że z pewnych spraw być może nigdy nie ucieszycie się, wspólnie.

Ale Tobie wolno.
Uznać się.
Pogratulować sobie.
Ucieszyć się z siebie.
I zostać z tym, w bezpiecznej, stworzonej przez siebie przestrzeni.
Z przyzwoleniem na to, że przy mamie i tacie, na to miejsca, z wielu różnych złożonych przyczyn, po prostu nie ma.

Mamo

Nie wiem wszystkiego…
Uznając swoje miejsce – miejsce Twojego dziecka, pozwalam sobie zauważać i przyjmować, że tak naprawdę, wiem niewiele.
Niewiele o tym jakie to było dla Ciebie:
zobaczyć dwie kreski.


Czy byłaś wtedy sama?
Czy miałaś komu o tym powiedzieć?
Czy miałaś z kim dzielić radość?
A może, zamiast radości, przyszedł niepokój? Strach? Złość? Zawód?
Czy był przy Tobie mężczyzna, czy tylko jego odłamek?
A może wszystko zachowane było w pozorach?
Czy miałaś wtedy pracę? … a może właśnie drżałaś o jej utratę?
Jakie to było mamo?
Czy wolno się było ucieszyć?
Czy było na to miejsce, okoliczność, czas?
Byłaś głodna mamo, czy najedzona?
Najedzona partnerstwem, życiem, miłością, widzeniem?
Nie wiem mamo nic.
Choć czuje sobą wszystko.


Wiele lat myślałam, że zrobiłabym to za Ciebie lepiej.
Och, jak bardzo się myliłam.
Moja duma pozwalała mi myśleć, że wiem o czym mówię.
Nie wiem, mamo.
Tamten moment i wszystkie kolejne, prowadzące do rozwiązania znasz tylko Ty.
Tylko Ty wiesz co czułaś i jaki był koszt przeżytych 9 miesięcy ze mną pod sercem.
Nie będę mamo moralizować momentów i spraw, na które jestem zbyt mała…
Dziękuje, że się na mnie zgodziłaś.
Dziękuje, że powiedziałaś na mnie „tak”.
Pomimo…

Życie nie jest oczywistością, choć za takie je uznajemy.
Wiem, że nie musiałaś.
Wiem, że się wahałaś…
Całuje Twoje, coraz starsze dłonie mamo, dziękując za to, czego nigdy, w żadnym porządku nie mogłabym sobie dać sama.
Dziękuje mamo za życie.
Za życie, które popłynęło z Was.
A którym zostałam obdarowana Ja.
To dar, którego nie zmarnuje.
Na Twoją pamiątkę mamo.
Na Waszą…
Na pamiątkę wątpliwości…

Zrobię z nim coś pięknego.

Wspieranie się kobiet…

Jest często życzeniowe.
Mamy tak głęboką chęć umieć wspierać drugą kobietę, ale wiele z nas, tego nie potrafi.

Teraz, być może krzyczysz w sobie: „co to to nie ja!”, bo już idzie ocena.
No i dobra.
Ja piszę dalej…
A Ty się oceniaj, jeśli potrzebujesz, albo czytaj i oddychaj.

Poczuj sobą jak stabilne poczucie bezpieczeństwa, musi mieć ta, która umie klaskać drugiej?
Poczuj sobą, jak właściwy musi mieć kontakt z własnymi darami i talentami?
Poczuj sobą, jak poukładana musi być z sukcesem?
Poczuj sobą, jak dobrze musi się mieć jej wewnętrzna dziewczynka?

Teraz czujesz?
Ile tu warstw?
Jakie to wielkie?

Szersze, niż szkolno-mundurkowe: „dziewczyny z dziewczynami”, „solidarność jajników”, czy „siostrzane wsparcie”.

Przez nieumiejętność wspierania się nawzajem przemawiają wszystkie nasze rany więzi – w szczególności upokorzenie, odrzucenie i niesprawiedliwość.
I nie ucieszymy się z sukcesu drugiej, dopóki te zranienia są w nas żywe.
Od razu się odpali: poczucie gorszości, wstyd, bojowość, ale i wkurw oraz zazdrość.

Żeby prawdziwie wesprzeć drugą kobietę, musimy być także poukładane z naszą MAMĄ.
Inaczej się nie da.
Wolno nam z miłością patrzeć na pomyślność drugiej, kiedy same czujemy, że przyjęłyśmy mamę wraz z miejscem, które dla nas przyszykowała.
Jeśli do mamy niesiemy w sercu jedynie miłość litościwą i pogardę, wewnętrznie będziemy gardzić także i sobą, dla pozoru zakładając jednak na życie maskę „tej lepszej”, „tej bardziej..”.
Przyjąć mamę to przyjąć sukces.
Najpierw swój, a potem wszystkich, które są dookoła.

U mnie w tym roku coś się doczyściło.
Po wielu latach pracy.
Widzę i słyszę klaszczące mi kobiety,
którym ja klaszczę z taką samą radością.
I ile tu jest miejsca!
Na to co każda wnosi WŁASNE.
To wielkie.

Kłaniam się temu.
Wdzięczna.
Dziękuje.